Noc z poniedziałku na wtorek bezsenna. Zbyt wiele pytań, zbyt silne emocje oraz pragnienie natychmiastowego przeżycia już wtorkowej przygody, nie pozwoliły mi spać. Przekładałam się z boku na bok, budząc Pepe, który natychmiast zasypiał na nowo, pochrapując coraz głośniej. Bez sensu było uciszanie go, bo przecież i tak nie mogłam zasnąć. W głowie kotłowało mi się od myśli na temat sobotniej katastrofy w Smoleńsku, żałoby narodowej i sprzecznych informacji jakie docierały do nas z mediów. Wszystkie te smutne emocje przeplatały się z uczuciem podniecenia, jakie wzbierało we mnie na samą myśl o założeniu pięknej sukni, która już czekała przygotowana dla mnie. Około 4 nad ranem udało mi się zasnąć. Na krótko. Na zbyt krótko. O 5:30 wyrwał mnie ze snu dźwięk budzika. Jego piskliwy ton przeszył całe moje ciało. Wstałam natychmiast, pędząc do łazienki. Delikatny makijaż po toalecie, łyk gorącego soku porzeczkowego i byłam gotowa, bo śniadanie o tej sennej porze nie chciało mi przejść przez gardło. Równo o godzinie 6:00 zbiegałam po schodach klatki schodowej. Chłód ostrego powietrza uderzył mnie od razu po otwarciu drzwi. Kilka kroków do samochodu orzeźwiło mnie ostatecznie. W radiu leciały fajne, stare polskie kawałki, których niestety nie puszczają w normalnych okolicznościach. Tak więc cieszyłam uszy Perfectem, Republiką, Różami Europy i innymi dobrymi kawałkami, których nazw już nawet nie pamiętałam. Niesamowite było to uczucie,
sunąć samotnie po pustej autostradzie i podziwiać wstające słońce. To najpiękniejszy wschód słońca, jaki kiedykolwiek widziałam. Niemniej jednak, wolałabym już nie powtarzać tego doświadczenia, bo zdecydowanie o 6 to ja jeszcze śpię, i niech tak już zostanie. W niecałe 20 minut dojechałam do wrocławskiego Rynku. Tyle wolnych miejsc parkingowych w samym centrum miasta, to moje oczy jeszcze nie oglądały.
Pod Pręgierzem byłam znacznie wcześniej przed umówioną godziną. Spacerowałam więc sobie nieśpiesznie, podziwiając architekturę wrocławskich kamieniczek. Zazwyczaj przebiegałam przez Rynek, patrząc tylko na Ratusz, albo nie daj Boże znaleźć się w Rynku na obcasach, to wtedy gwarantowane zniszczone buty, wymiana fleków i opuszczenie głowy w poszukiwaniu miejsca do stąpnięcia na obcasie.
Teraz patrzyłam, jak powoli zjeżdża się ekipa, podłączają agregat prądotwórczy, jak catering szykuje śniadanie i jak wielki autobus, służący za garderobę usiłuje zaparkować. Potem wszystko potoczyło się już błyskawicznie. Zakładanie kostiumów, czesanie, delikatny, wręcz niewidoczny make-up, a w zasadzie, w moim przypadku jedynie podkład po uprzednim demakijażu tego, co rano pacnęłam na twarz. Kapelusik z trenem
i byłam gotowa. Suknia ważyła chyba z 5 kilo, ubierały mnie 2 osoby, ale wyglądałam dokładnie tak, jak na hiszpańska damę dworu z 1531 roku przystało. Miałam nawet pończoszki pod niewygodnym kołem sukni, ale dodającym szyku całości. Reżyser Brodzki szalenie sympatyczny człowiek. Wymagający ale nie rozkazujący. Pieścił każdy detal, najmniejszy szczegół każdej sceny. Dublował po naście razy, chwalił, rozmawiał, tłumaczył. Wszystko to ze stoickim spokojem. Jestem pełna podziwu dla tego człowieka, zwłaszcza, że wiem, jak to się nerwowo odbywa w innych produkcjach. Ekipa filmowa raczej w pełni niemiecka, porozumiewaliśmy się po angielsku. Wszystko poszło sprawnie, przyjemnie i zgodnie z planem. Przed 10:30 już było po scenie, ale że spodobałam się trochę reżyserowi, poprosił, bym została na cały dzień. Ale póki co, zadarłam kiecę, by nie zamiatać Rynku i popędziłam na przerwę. Jakież miłe było moje zdziwienie, kiedy ludzie zaczepiali mnie na ulicy i prosili o wspólne zdjęcie, jak wycieczki dzieciaków prosiły o pozowanie, jak ludzie byli mili i serdecznie. Nie wiem, czy to żałoba narodowa miała
wpływ na tę sympatię, czy też wyłącznie mój ubiór na to wpłynął. A może to mój urok? Albo raczej Maybelline...
Zabrałam ze sobą oczywiście sprzęcik do robienia zdjęć. Wyszły, jak wyszły, ale niech ktoś spróbuje zrobić dobre zdjęcie, dzierżąc w dłoniach pięciokilową suknię z kołem i trenem, bez możliwości schylenia, ukucnięcia i żadnych innych manewrów.
http://picasaweb.google.com/102716045856576440479/WeselaKrolewskie#546297982677325373
Wychodziłam właśnie ze swojego własnego M na obrzeżach Wrocławia, dźwigając ciężki kosz z paczkami w jednej ręce, torebkę, telefon, klucze i małą, ciepłą łapkę Lu, trzymając w drugiej, gdy zadzwonił telefon. Dźwięk komórki w tej chwili nie wprawił mnie wcale w zadowolenie. Nawet nie byłam ciekawa kto dzwoni, klnąc w myślach, że zawsze w najmniej odpowiednim momencie, zgodnie z Prawami Murphiego, rozbrzmiewa komórka. Lu szybko puścił moją rękę i pobiegł przed siebie.
Dzień dobry – nieznajomy mi głos odpowiedział na moje krzyki.
Dzień dobry, przepraszam, samochód! Stój! - powtórzyłam krzyki.
Magdaleno, czy ty możesz rozmawiać? - spytał głos, który teraz już był mi bardzo dobrze znajomy, a serce (i stringi) zalała mi fala ciepła. Marek. Przystojny brunet z obłędnie niebieskimi oczami, w których można całkowicie się zatopić. Spytał mnie kiedyś, jakie zdrobnienie swego imienia lubię, na co ja, bez wahania odpowiedziałam: „Magdalena”. Śmialiśmy się z tego, ale od tamtej pory zwraca się do mnie właśnie w ten sposób.
Mam dla ciebie propozycję – Marek przerwał mi rozmyślania na temat jego nieskromnej osoby.
Nie odrzucę żadnej oferty od ciebie – zapewniłam, ciesząc się z naszej rozmowy.
Czy miałabyś czas i ochotę zagrać w filmie kostiumowym „Wesela Królewskie” w reżyserii Marka Brodzkiego? - zapytał zadowolony z siebie, że może mi sprawić przyjemność taką propozycją.
Kiedy? - spytałam, choć od razu paliłam się do tego pomysłu
We wtorek – Marek nie był pewny, czy się zgodzę.
Jasne, oczywiście, z wielką przyjemnością, i w ogóle, dziękuję, że o mnie pomyślałeś – zarzuciłam go słowami, szczerze ciesząc się, że będę miała okazję być na planie nie jakiegoś tam serialu, ale poważnego, kostiumowego filmu. No i zapewne spotkam tam Marka, a dawno się nie widzieliśmy.
Świetnie Magdaleno. Musisz więc podjechać na przymiarkę kostiumów, najlepiej dzisiaj. Zadzwoń, jak będziesz jechać, to wyjdę po ciebie. Marek zawsze, przy każdej okazji, dawał mi odczuć, że jestem dla niego nie tylko koleżanką, ale kimś wyjątkowym, ważnym. A przynajmniej nie przeszkadzał mi się tak czuć w jego fantastycznym towarzystwie.
Na chwilę nawet przestała mnie boleć głowa, Lu stał grzecznie przy samochodzie, a kosz z paczkami stał się lżejszy. Całą drogę do Wrocławia ponosiła mnie wyobraźnia. Kto będzie, w co mnie ubiorą, i czy aby na pewno Pepe zajmie się Lu i odbierze go z przedszkola. Nawet spotkanie z Markiem zeszło w moich fantazjach na dalszy plan.
Uwinęłam się z pracą najszybciej, jak tylko mogłam, wymawiając się okropnym bólemg łowy, wyrwałam się wcześniej i pojechałam prosto do studia, na przymiarkę kostiumów. Byłam na miejscu grubo przed czasem, bo o dziwo korki zawiodły, i udało mi się przejechać całą trasę o wiele szybciej, niż zakładałam. Marek nie wyszedł po mnie, bo nie odbierał telefonu, kiedy do niego zadzwoniłam. Gdy oddzwonił, stałam już z naszym wspólnym znajomym Antkiem, gotowi do przymiarek. Ale za to, wychodząc z biura, podszedł tylko do mnie i pocałował mnie, jak zwykle, w okolicach ust. W zasadzie, to zawsze muska je delikatnie, nieśmiało i trochę nieporadnie. Moim zdaniem udaje zawstydzonego i skrępowanego nieco moja osobą, ale wiem, że to tylko pozory, albo, znając Marka, raczej sposób na podryw. Na dodatek, niezawodny. Pomijając mnie. U mnie wszystkie metody zawodzą.
Musiałeś Mareczku nieźle się zakręcić koło Ani, że dostałeś tę pracę – wypaliłam do niego, a on tylko się uśmiechnął. Wcześniej Marek, tak jak ja, dorabiał sobie tylko od czasu do czasu. A teraz – proszę, dostał zlecenie na organizację takiej produkcji. Fiu, fiu. Wielka rzecz. Szczerze cieszyłam się z nowej pracy kolegi. Nawet trochę mu pozazdrościłam, ale krótko, bo tak jak nie można na niego się długo złościć, tak nie można go nie lubić i nie cieszyć się z jego sukcesów.
Tymczasem szliśmy niewielką grupą przez wąskie i chłodne korytarze Wytwórni Filmów. Kapitalne zdjęcia by można było tu robić, pomyślałam i postanowiłam następnym razem jechać tam z aparatem. I Markiem najlepiej.
Pomieszczenie do mierzenia kostiumów było niestety jeszcze zimniejsze niż te korytarze z przeciągami, a kolejka oczekujących dość długa. Jednak, co się naoglądałam, oczekując na swoją kolej – to moje. Byłam jedyną kobietą wśród wielu mężczyzn, ale rozmawiałam tylko z Antkiem i Markiem. Z Markiem porozumiewaliśmy się bez słów, raz po raz wybuchając śmiechem, który wzbudzały nasze własne myśli. Kiedy przyszła moja kolej przymiarki, z podniecenia znów przestała boleć mnie głowa. Mam pięciokilową, zieloną suknię z trenem, kokardami, koronkami, marszczeniami, ozdobami, cudami wiankami i problemy z oddychaniem w niej. Gorset mocno zaciśnięty na moich piersiach utrudnia każdy oddech. Buty o rozmiar za duże, albo i o dwa, zakładałam z pomocą. Sama nie dałabym rady. I wciąż przepraszałam tą przemiłą, młodziutką dziewczynę, że musi pochylać się przy moich stopach i wkładać mi buty. Okrutnie z tym się czułam, ale na szczęście, dla niej to nie był taki problem. Do całości mam gustowny kapelusik ,oczywiście też z cudami wiankami i trenem, czy jak to zwą. Okrycie głowy ma za zadanie zasłonić moje farbowane na ciemny kolor włosy, bo jak orzekły specjalistki – widać, że mam farbowane. Oburzyłam się nieco, bo wydaję zawsze mnóstwo gotówki, prosząc stylistkę, by kolor był identyczny z naturalnym. No i co z tego, że długie i mogliby mieć z nich użytek, jak farbowane i trzeba je wcisnąć pod kapelusik. Paznokcie też do likwidacji, bo mimo że nie mam i nigdy mieć nie będę żadnych tipsów czy innych plastików na moim ciele, to najlepiej, gdybym poobgryzała swoje długie, ładne, zadbane pazurki. Zgodziłam się jednak tylko na obcięcie. I w zasadzie gotowa jestem na salony. We wtorek będę Damą. Będę bawić się jak damy. Jak nie damy, też się pobawimy ;) Nie mogę się doczekać.
skomentuj (2)